Być jak Leo…

Pamiętacie tę moją kopię „Damy z gronostajem” Leonarda Da Vinci, o której pisałam kilka miesięcy temu, że już jest prawie skończona? Otóż wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa zabawa. Im bardziej „prawie kończyłam”, tym więcej dostrzegałam szczegółów do dopracowania: niteczek na szacie, blików światła na ledwie widocznej biżuterii, pojedynczych włosków wyrastających z tego białego mutanta. No i jeszcze napis… a uwierzcie, że łatwiej jest mi skopiować cały obraz niż coś prosto napisać. No ale przemogłam się.
Potem pojawił się temat ramy. Okazało się, że taka porządna rama, niepochodząca z dalekiej Azji, kosztuje prawie tyle co obraz! Postanowiłam więc zdobyć nową sprawność: ramiarki. Udało się namówić lokalnego stolarza, by zrobił mi prostą ramę wg mojego rysunku, a ja ją pozłociłam (szlagmetalem), pobejcowałam, pomalowałam i… wpadłam w samozachwyt.

PS. Gdyby ktoś jeszcze chciał, żeby mu coś skopiować – jestem do Państwa dyspozycji 🙂


Przewijanie do góry