Radomskie inspiracje kontra bieszczadzka rzeczywistość




Byliście kiedyś w Radomiu? A ja byłam. „Służbowo” – podczas wydarzenia z cyklu „Uliczka tradycji” organizowanego przez Resursę Obywatelską. Celowo użyłam cudzysłowu, bo taką służbę, to ja mogę pełnić codziennie. Moim głównym zadaniem było opowiadanie o moim życiu i tworzeniu w Bieszczadach, a poza tym miałam siedzieć na kocyku w hipisowskich ciuchach (czyli właściwie takich w jakich chodzę zawsze wtedy, gdy nie chodzę w ciuchach roboczych), grać na gitarze, relaksować się, poznawać ludzi… I miałam masę czasu na włóczenie się po mieście.
Przy tej okazji legły w gruzach wszelkie moje wyobrażenia na temat Radomia. Okazał się być miejscem nieprawdopodobnie inspirującym. Świadczą o tym choćby pomniki serka homogenizowanego, czy ciastka i kawy (przysięgam!). Razem z Agnieszką, która mi towarzyszyła w tej wyprawie, pozwiedzałyśmy i obfotografowałyśmy radomskie podwórka. Pojawiła się nawet nieśmiała wizja kolejnej wspólnej wystawy. Byłyśmy na wystawie Jacka Malczewskiego, który z Radomia pochodził i jest tam stała ekspozycja jego obrazów. Przekonałam się, że ten gość, który portretował się zawsze w roli wielkiego, postawnego, jurnego samca, był w rzeczywistości strasznym kurduplem. Nie zmniejsza to mojego zachwytu nad jego malarstwem i zachęca do namalowania kilku lekko podrasowanych autoportretów, żeby mnie ludzkość zapamiętała jako niezłą laskę.
Załapałam się również koncert Lecha Janerki, którego czczę i wielbię od czasów studenckich!
Wracałam do domu szczęśliwa i pełna nowych pomysłów i inspiracji malarskich i chętna do działania. Na miejscu zastała mnie jednak kombinacja grypy i wykopków. Bo ja poprzez zawarcie związku małżeńskiego z rolnikiem, również jestem rolniczką. Czego dobrą stroną jest ubezpieczenie w KRUSie, a złą – wykopki w najmniej odpowiednim momencie. Cóż… inspiracje muszą poczekać.

Przewijanie do góry