Wyłaniając się z mroku

Bieszczady mają prawie same dobre strony i jedną złą, która właśnie objawia się nam w całej okazałości: leje, wieje, deszcz miesza się z topniejącym śniegiem i końskim gównem, a gdy tylko wyjdziesz za próg, wpadasz po kolana w błoto. I jeśli masz zbyt krótkie gumofilce, albo twój pies, szczenięciem będąc wygryzł w filcu dziury, to to błoto wlewa się górą. Wprost na twoje prawie nowe skarpetki w uśmiechnięte, o ironio, buźki z Orlenu. Tak, to był fragment autobiograficzny. Wczoraj był podobno dzień walki z depresją, ale Bóg, czy tam inni lokalni Płanetnicy, jak widać, nie obchodzą…

Ponarzekać można, a nawet trzeba, jednak warto nadmienić, że taka aura jest idealna do pisania. Zanim zabiorę się za zmagania z moją drugą książką i wymyślę, jak w humanitarny sposób pozbyć się jednego z bohaterów, który wkurwia wszystkich pozostałych, chciałam Wam trochę zapdejtować moje działania w zakresie sztuk plastycznych:

Pamiętacie „Krowę wyłaniającą się z mroku”? Była na ostatniej wystawie. Chyba ze trzy osoby chciały ją kupić, tymczasem spotkał ją los tak smutny… no, może nie aż tak smutny jak ten, który ostatecznie spotyka prawdziwe krowy, ale wystarczająco smutny, bym nie chciała o tym pisać. W każdym razie namalowałam jej syna: „Byczka wyłaniającego się z mroku”. Jak wyschnie, będzie na sprzedaż – już zapraszam do ustawiania się w kolejce. A dla tych, którzy jeszcze nie rzygają zimą i chcieliby oglądać ją cały rok, mam kolejny bieszczadzki pejzaż p.t. „Biała łąka w Czarnej D.”. Chodzi oczywiście o Czarną Dolną.

Pieniądze ze sprzedaży przeznaczę m.in. na zakup nowych gumofilców.

Trzymajcie się ciepło i sucho, Kochani. Wyłaniajcie się z mroku, jak ten byczek, a wiosna przyjdzie niebawem 🙂

Przewijanie do góry