Witrektomia a oświecenie

Cztery tygodnie temu wymyśliłam sobie taki supermerytoryczny wpis na temat złocenia ikon. Kiedyś nie lubiłam złocić, bo nie umiałam. Używałam mikstionu i szlagmetalu i uważałam, że to wynalazek szatana. Wszystko zmieniło się, gdy nauczyłam się złocić naprawdę. Przez rok pracowałam przy złoceniu ikonostasów w cerkwiach w Rabem i Michniowcu, odkryłam całą tę alchemię, magię i technologię i wsiąkłam po uszy.
No i właśnie te cztery tygodnie temu po raz pierwszy sama zrobiłam z glinek idealny pulment i zaczęłam złocić, robić zdjęcia poszczególnych etapów, podniecając się tym jak dzieciak na filmie „16+” aż tu nagle… zobaczyłam ciemność. No, może nie całkowitą i nie od razu, ale jednak…

Odkąd jedenaście lat temu przy porodzie strzeliła mi siatkówka i mój okulista przyspawał ją laserem, wiedziałam, że kiedyś tak się może zdarzyć. Że coś dźwignę, na przykład wyniosę człowieka z płonącego budynku, albo topielca z rzeki i w ciągu doby obraz zacznie mi znikać za przesuwającą się czarną zasłoną. Jedenaście lat żyłam ze świadomością, że to się może wydarzyć i z nadzieją, że się jednak nie wydarzy. I tu w momencie kiedy z taką radością patrzyłam na złocenia, które mi wreszcie zaczęły wychodzić, taki klops. A ja nawet niczego spektakularnego nie zrobiłam, podniosłam tylko dzień wcześniej dziecko, które się wywaliło na lodzie…

Pojechałam, a raczej zawieziona zostałam na SOR do Rzeszowa. 2,5 h w jedną stronę, by dowiedzieć się, że potrzebuję pilnej operacji, ale nie ma lekarza i mam przyjechać za dwa tygodnie. A tu liczą się godziny!!! A mnie świat znika!!!
Następnego dnia postanowiłam w akcie desperacji wyruszyć w stronę cywilizacji, bo już wiedziałam, że na tym Podkarpaciu nikt mi nie pomoże. W międzyczasie, wisiałam na telefonie. Tak trafiłam na anioły w postaci ludzi, którzy nie musieli, a pomogli i już będąc w drodze do Krakowa, dowiedziałam się, że na drugi dzień mam rano operację w Elblągu. Szybko skalkulowałam, że zdążę, jednym i 1/3 oka ogarnęłam bilety na nocny pociąg do Gdańska a stamtąd prosto na stół…

Nie do końca wiedziałam, co mnie czeka, bo nie zdążyłam poczytać na temat tej operacji. Okazało się, że robi się ją na żywca. Powinnam się stresować, ale się nie stresowałam. Nie wiem co oni mi dali, ale bawiłam się doskonale. Leżałam sobie pod worem jak nieboszczyk z wyciętą dziurą na oko, tylko tlen mi wpuścili, żebym jednak się nie zamieniła całkiem w nieboszczyka. Nic mnie nie bolało, gadałam jakieś głupoty i widziałam fantastyczne obrazy: jakąś różdżkę magiczną, z której wydobywały się takie rozpływające się okręgi. Ileż malarskich inspiracji! Potem chyba trochę jednak odleciałam.
Po skończonej operacji powiedziałam lekarzom, że to było niesamowite i że bardzo dziękuję i w ogóle, a oni mnie posadzili na wózek, kazali pochylić głowę i oznajmili, że mam jej nie podnosić przez następne dwa tygodnie i wypisali do domu. No nie spodziewałam się tego. Do domu nie pojechałam, bo jednak te 800 km pociągiem i autobusem z pociętym obolałym okiem i zakazem robienia czegokolwiek jest niewykonalne. Wbiłam się do mojej gdańskiej rodziny – do mojego domu rodzinnego. Zbudowałam sobie konstrukcję do leżenia z twarzą w dół: ciało na materacu potem 15cm przerwy na zwisającą twarz, a dalej wysoka poduszka na podłodze do oparcia czoła. Tak spędziłam dwa tygodnie. By zjeść siadałam w pozycji rzygającego nastolatka na imprezie, piłam przez słomkę – nawet kawę, by przypadkiem nie podnieść niepotrzebnie głowy, a jak już gdzieś musiałam pójść, to patrzyłam na buty.

Na początku byłam jednak w euforii, że mi się udało, że mnie zoperowano, że będę widzieć. Postanowiłam wykorzystać ten czas najlepiej jak się da, słuchałam wykładów o historii sztuki, malarstwie średniowiecznym, konferencji o medytacji i trochę audiobooków. Po kilku dniach jednak przyszedł kryzys, bo oko wciąż bolało, średnio nim widziałam i wyglądało jak po spięciu z konkubentem, ciało też bolało, a ja nie mogłam robić prawie nic. Śniło mi się, że leżę NA BOKU, przytulam się do mojej małej córeczki i dobrze widzę, a potem się budziłam i znowu boli, znowu nie mogę podnosić głowy i tęsknię i końca nie widać, a tam życie się toczy beze mnie.

Leżąc tak, kątem zdrowego oka zajrzałam w internety, a tam rozmowa, którą nagrywaliśmy w styczniu z Robertem Żurakowskim ukazała się właśnie w podcaście „Lustrzane odbicie”. Zamierzałam nikomu o tym nie mówić i sama bałam się oglądać, bo ja do mistrzyń słowa mówionego nie należę i dobrze pamiętam jak się plątałam i gubiłam wątki… Ale w końcu w nocy, kiedy wszyscy spali, przełamałam się, posłuchałam i o dziwo stwierdziłam, że dramatu nie ma. Jeśli ktoś bardzo chce obejrzeć, to może: https://youtu.be/eikfEOJnm_Y?si=RlaFGD5lMBF4Q_k8

Po kilku dniach zaczęłam coś tam widzieć, zaczęłam rysować, a nawet, poszukując czynności, które można wykonywać z głową w dół, nauczyłam się szydełkować. Przyjaciele wysyłali mi nagrania czytanych przez siebie utworów w których występowały osoby ślepe i zgarbione, co bardzo mnie bawiło i było mi światłem w mroku mojej ślepej i zgarbionej rzeczywistości.
Przetrwałam. Wróciłam do domu. Oko wciąż trochę boli i głupio wygląda, a przede mną jeszcze jeden zabieg dopełniający całą tę imprezę, ale widzę! Od razu zabrałam się za tę ikonę, którą zaczęłam złocić przed operacją (bo najpierw się robi złocenia a potem warstwę malarską). Jest nieidealna jak mój wzrok po tych przygodach, ale jak na pierwszy raz, chyba może być. Wzrok się z dnia na dzień poprawia, a ja się rozkręcam. Wszechświat znów pokazał, że mnie kocha i opiekuje się mną, a ja znowu mogę pisać i malować.

A zdjęcia z etapów złocenia i tak wrzucę, skoro już je zrobiłam. I z mojej rekonwalescencji i skończonej ikony i kolejnej, którą z rozpędu machnęłam 🙂 :

Przewijanie do góry