Nic dawno nie pisałam, bo wciągnęło mnie ostatnio życie. Jak dobrze jest przekonać się, że cały ten świat, który tak bardzo kocham, a przed którym na trochę za długo zamknęłam się w pracowni (a może w macierzyństwie?) wciąż istnieje: góry, namiot, muzyka na żywo, tańce przy ognisku i ludzie tak samo dziwni jak ja. I dobrze, że niedźwiedzie schodzą z drogi, kiedy się głośno śpiewa, że dzieci mogą targać bagaże i że nawet po operacji oka można, przy zachowaniu maksymalnego minimaizmu nosić mały plecak.
Wróciłam, by namalować konie i krowy i wysłać parę ikon. I suszyć na tarasie damę z gronostajem, która złośliwie nie chce schnąć. W mojej pracowni da się wytrzymać do południa. Dopóki las rzuca na nią cień. Potem robi się w środku jakieś pięćdziesiąt stopni i trzeba się ewakuować. Ale za to pięknie wygląda, odkąd dałam dzieciom farby, które zostały mi po malowaniu kurnika z poprzedniego postu.
A teraz serce mnie rwie ku dalszej włóczędze i sama nie wiem, co z tego wyniknie. na wszelki wypadek zainwestowałam w mały zestaw akwarelek do malowania w trasie.








