Mówią, że jak zlecisz z konia, to musisz od razu znów na niego wsiąść, bo inaczej już nigdy nie będziesz jeździć. Wiem, bo mam konie, a moje opinia na temat jazdy na nich jest tak niepopularna, że nie będę jej tu przytaczać. W każdym razie zastosowałam tę samą zasadę w kwestii powrotu do malarstwa po operacji oka. Ci, którzy czytali mój poprzedni wpis wiedzą, że ledwie wróciłam ze szpitala po pierwszej operacji, rzuciłam się na pisanie ikon, choć widziałam jeszcze kiepsko.
Potem zaś, żeby sobie coś udowodnić chyba, postanowiłam skopiować „Damę z gronostajem”. Wymyśliłam to tak: póki jeszcze mam olej w oku i widzę kiepsko, to zrobię ogół, a szczegóły ogarnę po drugiej operacji (usuwania oleju), kiedy będę widzieć dobrze. I tak też uczyniłam.
Wracając do domu ze świeżo naprawionym okiem, na przesiadce z pociągu Gdańsk-Kraków na autobus Kraków-Ustrzyki wpadłam szybko do muzeum Czartoryskich, żeby obejrzeć sobie dokładnie i sfotografować oryginał i sprawdzić, czy moje prace idą w dobrym kierunku. Uznałam, że w niezłym, choć odkryłam kilka szczegółów, których nie zauważyłam na żadnej reprodukcji. Na przykład bransoletka na ręce podtrzymującej to gronostajopodobne bydlę. Oraz, że to bydlę jest strasznie chude (to, co wcześniej brałam za cień padający z ręki na jego grzbiet, było w rzeczywistości kawałkiem sukni).
Bogatsza w wiedzę oraz znowu działające prawe oko już prawie, prawie dokończyłam kopię. Brakuje jeszcze kilku szczegółów. Jak skończę, na pewno się pochwalę.
W międzyczasie machnęłam jeszcze ikonkę Archanioła Rafała i pomalowałam łódkę. Tak z radości.







