Wiktoria. Czyli o tym, że malowanie portretów jest sztuką trudną, lecz satysfakcjonującą

Malowanie portretów jest sztuką trudną. Szczególnie wtedy, gdy nie wiemy jak wygląda model. Tak było tym razem. Mojej modelki nie ma już od pewnego czasu na tym łez padole. Gdzie jest, nie wiem. I choć tego typu kwestie niezwykle mnie interesują, tym razem dręczyło mnie inne pytanie. Mianowicie: jak ona mogła wyglądać?

Musiałam bowiem namalować portret bazując na jedynych dwóch zdjęciach, jakie posiadali jej bliscy – jedno bardzo piękne, czarno białe, tyle że z młodości. Drugie znacznie późniejsze, kolorowe, lecz bardzo niewyraźne. Oba robione w czasach przedcyfrowych. Cóż było czynić? Musiałam zgadywać. Uciekłam się w tym celu do praktyk spirytystycznych. Ogólnie kiepskie ze mnie medium a i praktykę mam marną, bo mnie w dzieciństwie straszyli duchami. Nie mam tego stolika z literkami i w ogóle. Zresztą literki niewiele by pomogły bo przecież chodziło o obraz a nie opis.

Wiem, każdemu przychodzi w tym momencie do głowy sztuczna inteligencja. Próbowałam. Jednak ona dodaje tylko zmarszczki. Nie uwzględnia zaś innych zmian jakie zachodzą w człowieku, tego, że twarz się zmienia, kilogramów przybywa i czasem coś opadnie i zwiśnie gdzieniegdzie… Ja zresztą nie mam dobrych relacji ze sztuczną inteligencją. Z duchami już chyba lepszą.

No więc poprzestałam na wzywaniu ducha Pani Wiktorii, by mi trochę podpowiadała w trakcie malowania. No i się udało. Podobno jest podobna! W każdym razie uważam, że wygląda pięknie. I przypomniałam sobie, jak bardzo lubię malować portrety. I jak bardzo lubię wyzwania.

Gdyby ktoś z Was, moi drodzy, zechciał zamówić portret, to serdecznie Was do tego zachęcam. Jednak w trosce o zbawienie mej duszy wolę mieć aktualne zdjęcia portretowanej osoby 🙂

Przewijanie do góry