Lubię bydło. Jako wegetarianka z około trzydziestoletnim stażem postrzegam je nie w kategoriach spożywczych, a estetycznych. Bo któż ma w sobie więcej majestatu i dostojnego piękna niż krowa rasy simental pasąca się w świetle poranka na bieszczadzkiej łące?
Mijam je prawie codziennie na trasie moich spacerów z kijkami i psem. Wiem, to taki emerycki sport… Wcześniej biegałam, a teraz – po operacji mi chwilowo nie wolno. Ale jako niepoprawna optymistka szukam plusów. Na przykład: takim kijkiem można się obronić przed wilkiem lub niedźwiedziem. Może nie waląc po łbie, bo za lekki, ale jakby tak idealnie wycelować w oko… No dobra, fantazja mnie poniosła. Ja naprawdę lubię zwierzęta.
Wracając do krów pasących się w świetle poranka: gdy je widzę, czuję zachwyt. A kiedy jeszcze takiej krowie słońce zza jabłonki oświetla boczek, to już niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Robię im masę zdjęć, na podstawie których maluję potem moje obrazy. Właśnie skończyłam „Bydło w świetle poranka” (pokazywałam je Wam wcześniej w trakcie powstawania), które z nieukrywaną dumą niniejszym prezentuje. Teraz suszy się radośnie w mojej pracowni.
* Tytuł wpisu jest nawiązaniem do tytułu książki „Zjadanie zwierząt” Jonathana Safrana Foera, po której kotlet już nigdy nie będzie smakował tak samo. Polecam!





