Skoda Favorit a oświecenie

 

Skoda Favorit, rocznik 85. Ja, rocznik 83. Temperatura odczuwalna – 20, w rzeczywistości nie wiem, bo nie mam termometru. Śniegu po kostki, niby mało jak na Bieszczady, ale wciąż pada. Bardzo pada. Jadę do Ustrzyk. Wycieraczki działają średnio, a płyn do spryskiwaczy pozostawia na szybie fantazyjne smugi. Wytężam wzrok, by pomiędzy tymi smugami dostrzec drogę. Droga ma taki sam odcień bieli jak pobocze. Nie jestem pewna, czy jadę swoim pasem. I czy w ogóle jadę jakimś pasem. Jest trochę ślisko. Ogrzewanie nie działa, palce zamarzają na kierownicy. Mój poziom koncentracji sięga zenitu. Nie da się być bardziej „tu i teraz” niż tu – w Skodzie na zaśnieżonej Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej.
 
Błogosławiąc Pana, wysiadam szczęśliwie pod szpitalem. Oddaję krew i mocz, po czym rozmrażam się kawą z automatu. Wracam do Skody, odśnieżam wszystkie szyby i lusterka, wsiadam, przekręcam kluczyk w stacyjce. I… nic się nie dzieje. Na parkingu pustka. Po dłuższych poszukiwaniach znajduję jednego gościa, którego proszę o pomoc w sposób nieznoszący sprzeciwu, potem drugiego. Praktyka pokory. Muszę robić z siebie większą i słodszą idiotkę, niż jestem w rzeczywistości. Odpalamy na pych. Odjeżdżam z lekkim uczuciem upokorzenia.
 
Kontynuować podróż po olej lniany, czy poddać się i wracać do domu? Kto ma się poddać? Ja? Ja, Aleksandra miałabym się poddać?
 
Utrzymując wysoki poziom koncentracji, zajeżdżam na parking w Ustrzyki City Center. Kupuję co trzeba, wracam, odśnieżam szyby, wsiadam i, pełna optymizmu, przekręcam kluczyk. Przekręcam i przekręcam, poziom optymizmu opada, poziom pokory rośnie. Idę do pani parkingowej, która pomaga mi zwerbować dwóch facetów do pchania. Jeden z nich ma takiego pięknego niebieskiego trabanta… Pchają, brnąc przez śniegi. I nic. Poddają się. Normalna kobieta w takiej chwili oczyszcza umysł i serce z negatywnych emocji, robiąc awanturę mężowi i każąc mu po siebie natychmiast przyjechać. Pod tym względem nie odbiegam od normy. Mojego współmałżonka ratuje tylko i wyłącznie fakt, że nie miałam sobie gdzie naładować telefonu ostatnimi czasy. Idę do pobliskiego warsztatu samochodowego, zdejmuję czapkę, poprawiam włosy, uśmiecham się z poczuciem winy i staram się stanąć tak, żeby moja ciąża była jak najbardziej widoczna…
– Pożyczy mi pan na chwilę takie kable, żeby odpalić samochód?
Pan pożycza. Biegnę na parking. Pan od trabanta i ten drugi odpalają Skodę. Ledwie w mym sercu pojawia się iskierka nadziei, a już gasi ją maska. Która odpada. Odpada całkiem. Zastanawiam się, czy nic się nie zepsuje, jak będę jechać w taką pogodę bez maski i gdzie ją schowam. Na szczęście panowie, zdjęci widoczną litością, przytwierdzają ją jakoś z powrotem. Jednak świat bez mężczyzn nie byłby taki fajny. Oddaję kable i, wielbiąc całe stworzenie za wszechogarniającą życzliwość i współczucie wobec bab w ciąży za kierownicą, odjeżdżam. Utrzymując najwyższy poziom koncentracji, przepełniona miłością do całego świata, wracam.
 
Dawno nie przeszłam tak intensywnej praktyki duchowej. Oświeca szybko, tanio i absolutnie pozareligijnie. Wszystkim zdesperowanym na jakiejkolwiek duchowej ścieżce serdecznie polecam. Nieodpłatnie pożyczę Skodę.

© 2026 Ola Kiełbińska . Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Przewijanie do góry